Poniższa recenzja jest moją subiektywną opinią o tytułowym samochodzie. Można ją wziąć sobie do serca – będzie mi miło. Można się z nią nie zgodzić – zachęcam do dyskusji pod artykułem.

Zacznę do tego, że im bliżej podchodziłam do samochodu, aby do niego wsiąść, tym szerszy uśmiech miałam na twarzy.

 

Kolor – 2SZ lub Imperial Red (jak kto woli), robi wrażenie już z daleka. Corolla ma charakterny przód przyozdobiony „plastrem miodu”, a tył elegancko wpasowuje się w koncepcję tego auta. Uważam, że w połączeniu z tym kolorem w pełni zasługuje na miano hothatch’a.


Mimika twarzy nie zdążyła mi się zmienić, bo dzięki funkcji „inteligentny kluczyk” po dotknięciu klamki lusterka automatycznie się rozłożyły, a samochód się otworzył. Tym większa była moja radość, bo klucz do auta spoczywał gdzieś na dnie damskiej torebki. Kobiety odetchną z ulgą, mężczyźni zrozumieją. Po władowaniu do bagażnika potrzebnych rzeczy (do wielkości bagażnika nie mam zastrzeżeń – podpisano: zakupoholiczka i „matka” 3 kotów) usiadłam za kierownicą, aby ruszyć w trasę. „O rany!” (większość osób użyłaby mniej cenzuralnych słów). Fotele… wbiły mnie w fotel. Dosłownie. W mojej opinii są rewelacyjne i niepowtarzalne. Celowo nie umieszczę tutaj ich zdjęcia – zapraszam do salonu, żeby je zobaczyć, usiąść w nich i przy okazji wykonać jazdę próbną!

 

„Inteligentny kluczyk” zadziałał po raz drugi. Nie musiałam grzebać w czeluściach torebki umieszczonej na miejscu pasażera. Nacisnęłam przycisk START STOP i silnik o pojemności 1.2l cichutko odpalił, a na desce zamigały wszystkie możliwe kontrolki, by po chwili zostały tam tylko najpotrzebniejsze informacje. Ubóstwiam to auto za możliwość „personalizacji” ekranu między zegarami! Podczas jazdy możemy wybrać pomiędzy funkcją kompasu, LDA (o tym bajerze później!), spalaniem, audio (radio AM/FM, Bluetooth) itp. itd… Nie mogłam od razu ruszyć, bo musiałam wszystko poustawiać (podłączyć telefon przez Bluetooth, ustawić nawigację, włączyć playlistę pt. „w długą podróż”). W trasie to może rozproszyć.

Przyznam bez bicia, że pierwszą setkę kilometrów przemierzałam ze sceptycznym nastawieniem. Być może przez to, że musiałam tego samochodu po prostu się nauczyć. Na pewno szybko nauczyłam się korzystać z funkcji ładowania indukcyjnego telefonu – dzięki temu rozwiązaniu (chwała inżynierom Toyoty!) uniknęłam plątaniny kabli przy skrzyni biegów. Zaraz przy niej znajduje się też przełącznik trybów jazdy. Ale nie jak np. w JEEPie Grand Cheeroke – snow, sand/mud itp., tylko ECO, NORMAL i SPORT. Podczas jazdy w pierwszym trybie tło zegarów jest zielone, kiedy jedziemy NORMALnie – niebieskie, a przy przełączeniu na tryb SPORT – czerwone. Bajer, ale przykuwa uwagę. Tak samo jak uśmiechnęłam się przy wybieraniu numeru telefonu z poziomu 8-calowego ekranu. Mój telefon leżał na ładowarce indukcyjnej, a ja miałam dostęp do całej książki telefonicznej, wybrałam numer bezpośrednio z ośmiocalowego „centrum dowodzenia”, a przy wybranym numerze ukazało się zdjęcie przypisane do kontaktu. Urocze!

Warto też pochylić się nad dostępem do wiadomości. Auto przeczyta nam treść SMSów lekko łamaną polszczyzną, ale bez problemu to zrozumiecie. Tak samo, jak dogadacie się podczas sterowania głosowego – nazwy kontaktów zawierających polskie znaki są rozpoznawane i dzwonimy bez obaw do osoby, o której myśleliśmy (Grzegorza Brzęczyszczykiewicza nie mam w spisie kontaktów. Ciekawa jestem, co Corolla zrobiłaby po usłyszeniu tego nazwiska). Pozostając przy kwestii audio – jak dla mnie – bajka! Dorzućmy do tego źródło Bluetooth (a konkretniej Tidal), odpowiednie ustawienia głosu i można jechać tym samochodem do końca playlisty zawierającej ok. 200 utworów. Jechałam na zlot fanów japońskiej motoryzacji – OSAKA, więc musiałam się posiłkować toyotowską nawigacją. Ktoś, kto jeszcze nie korzystał z interfejsu nawigacji w Toyocie, potrzebuje kilku chwil na zaznajomienie się z nią. Na plus zdecydowanie działa podział ekranu, kiedy zbliżamy się do zjazdu (np. na autostradzie). Na pierwszej części ekranu widzimy nadal trasę do celu, a druga – z perspektywy samochodu wskazuje pas, który powinniśmy zająć oraz bliższe informacje o zjeździe.

 

Pozostając w klimacie długodystansowej jazdy po autostradzie – auto całkiem szybko osiąga trzycyfrową wartość prędkości. Niech nie zrazi Was 116 KM z silnikiem o pojemności 1.2. Wersja hatchback ma super stosunek mocy do masy. Jest dynamiczna, mała i zwinna. Przyjemnie się prowadzi. Co najważniejsze – nie bałam się jej zaufać przekraczając (tylko i wyłącznie!) na potrzeby testu 160 km/h, a zdjęcie wykonywała osoba siedząca po stronie pasażera. Im większa prędkość, tym większy uśmiech na twarzy miałam. Zawieszenie w tym samochodzie w ogóle się nie odzywa (jakby typowy handlarz powiedział: „nic nie puka, nic nie stuka”), ładnie wybiera nierówności drogi czyniąc jazdę bardzo komfortową.

 

Komfort to jedno, bezpieczeństwo to drugie. Za bezpieczeństwo odpowiada m.in. system LDA, czytania znaków drogowych i Pre-Collision System. Zachęcam, żeby mieć włączony cały czas system ostrzegania o niezamierzonej zmianie pasa ruchu z funkcją powrotu na tor jazdy. Uwierzcie, działa. Testowałam świadomie. Po wykryciu linii pod kołami, na kierownicy czuć lekką kontrę i auto powraca na tor jazdy! Bajka!

 

Kiedy testując wszystkie bajery w tym samochodzie, zdasz sobie sprawę, że pomarańczowa kontrolka odpowiadająca za poziom paliwa w baku powoli wypala Ci oczy, możesz skorzystać z opcji wskazania najbliższych stacji paliw według POI. Przyznam bez bicia po raz drugi, że ta opcja przydała mi się kilka razy i nie wywiozła mnie w pole.

 

Tak samo jak przyznam bez bicia po raz trzeci, że z tego samochodu po prostu żal jest wysiadać.

 

Paulina Zielińska

Poleć
  • Facebook
  • Twitter
  • Google Plus
  • LinkedIN
udostępnij
odpowiedz